piątek, 31 sierpnia 2012

"Jak to ze lnem było..."

Wydarzenia, podobnie jak nieszczęścia, są tchórzami i nigdy nie występują w pojedynkę. Mi akurat trafiła się taka ładna parka, która skutecznie wyprała mnie z wolnego czasu (a raczej wpędziła w stan "bezsennego limba", który polega na tym, że siedzę i stresuję się rzeczami, które mam do zrobienia, przez co nie robię nic. Albo sprzątam. :P).

W każdym razie do moich magisterkowo-freelancerskich (jest takie słowo?) problemów w ostatni weekend doszła przeprowadzka. Obecnie mieszkam (na razie sama) niedaleko łódzkiego ASP w cudownym, maleńkim mieszkanku. Nowa lokalizacja ma miliard zalet i tylko jedną wadę - brak większego sklepu w okolicy (ewentualnie się przede mną schował i go jeszcze nie odkryłam), mam jednak całkiem blisko do Społem, gdzie mają WSZYSTKO (wczoraj kupiłam tam, na przykład, talerz, taki ładny, niebieski. W moim nowym mieszkaniu jedyne naczynia stanowiły kubki i maselniczka w groszki) oraz do Carrefour-marketu, gdzie z kolei nie mają niczego. Czy też prawie niczego. Przekonałam się o tym dzisiaj, kiedy postanowiłam nabyć tam obiad oraz odżywkę do włosów (używany obecnie balsam Mrs. Potter zużyję prawdopodobnie w charakterze pianki do golenia albo dam siostrze. Niby wszystko ok, ale chyba nigdy nie pojmę, dlaczego produkt do "włosów tłustych u nasady i suchych na końcach" przetłuszcza rzeczoną nasadę, a z końcami nic nie robi.) Odżywki nie znalazłam, obiadu takoż, ale moim zdziwionym oczom ukazał się ciekawy wybór olejów, obejmujący takie produkty, jak olej lniany, konopny oraz ryżowy. Dostałam lekkiego zawału, po czym, w obliczu braku odżywki*, capłam olej lniany i entuzjastycznie wrzuciłam do koszyczka.

O taki sobie olejek no name.
Zdjęcie capnięte z nokaut.pl
(w domu mam Budwiga, a oczywiście,
będąc w Łodzi, zdjęcia nie poczyniłam, bo po co).

Maleńka buteleczka o pojemności 200 ml ma datę ważności do 20 października. Zamierzam sprawdzić, jak olej sprawdzi się w zastępstwie wspomnianej oliwki Hipp, której używam do olejowania włosów i pielęgnacji reszty mojej skromnej osoby. :) Butelka, co prawda, z powodu warstwy kurzu na sobie wyglądała dosyć podejrzanie, jednak specyfik kosztował 6.90. Pachnie bardzo przyjemnie, więc może mnie nie zabije.

P.s. "Naojejowałam" olejem włosy (na mokro), nie wstydzę się przyznać, że gdy na drugi dzień umyłam głowę, a potem zobaczyłam efekt, praktycznie płakałam ze szczęścia. ;)

* To taka kobieca logika z cyklu: "Panie władzo, nie mam przy sobie prawa jazdy, ponieważ torebka nie pasowała mi do butów".

środa, 22 sierpnia 2012

Kakaowe masło do ciała marki Cien

Jestem tym typem człowieka, co to ze wszystkich słodyczy najbardziej lubi kebab, a idąc na romantyczny spacer do Tesco "po coś słodkiego" wraca z paczką solonych prażynek. :) Jednak przy tym jestem fanką słodkich zapachów, zarówno w przypadku perfum (zdeklarowana fanka Escad, na które mnie nie stać, słodziutkich wód toaletowych Moschino, na które stać mnie trochę częściej i takich tam słodkich, owocowych woni) jak i kosmetyków pielęgnacyjnych.

Jakiś czas temu byłam szczęśliwą posiadaczką cudoooownej kostki do masażu, zwanej maślane serce (można zobaczyć tu). Po początkowym szoku powonieniowym - brokatowe cudo pachniało jota w jotę jak pomarańczowy batonik Pawełek, podczas gdy ja spodziewałam się trawy cytrynowej - bardzo się z kosteczką pokochałam i z prawdziwym bólem serca wsmarowałam w siebie ostatni kawalątek tego cuda. Przy okazji odkryłam, że fantastycznie działa na moje ciało masło kakaowe. Zatem kiedy pewnego dnia moja rodzicielka zadzwoniła do mnie z informacją, że w Lidlu są masła do ciała marki Cien, w tym masło kakaowe, długo się nie wahałam. Po wstępnym, niezwykle fachowym zapoznaniu się ze składem via telefon ("Mamo, zobacz co tam jest na pierwszych czterech miejscach i jak nie ma parafiny, to bierz!") stałam się szczęśliwą posiadaczką kolejnego kakaowego specyfiku.

Zaznaczę tylko, że masła z TBS mają na ogół trzy parabeny w składzie. ;P

Przejdźmy zatem do rzeczy, czyli opakowania, zapachu, konsystencji, działania i takich tam.

Zatem opakowanie. Plastikowe, lecz piękne! Absolutnie niepraktyczne i trudne w obsłudze, ale strona wizualna wynagradza mi wszystko. Zresztą proszę spojrzeć:

Bohaterem drugiego planu jest moja niezwykłej urody kosmetyczka
z Biedronki. :)

Zapach - z grubsza kakaowy, bardzo słodki, jadalny, chociaż trochę bardziej przypomina wyrób czekoladopodobny, niż czekoladę. Na skórze jednak sprawuje się całkiem przyjemnie, jednak uważam za wariant bardziej zimowy. :)

Konsystencja - miła, chociaż mało maślana, raczej kremowo - śmietankowa. Łatwo się nabiera, łatwo rozsmarowuje.

Działanie - na mojej skórze, z którą nie mam żadnych problemów (przyznam się ze zgrozą, że właściwie balsam, kiedy jestem w Łodzi, z powodzeniem mogę stosować raz na trzy dni, a w domu nawet rzadziej) sprawdza się bardzo dobrze. Jedyny minus - dosyć długo się wchłania i pozostawia na skórze tłustą warstwę, lepiej zatem stosować go na noc.

I na koniec - ostatnio zastosowałam je też na włosy w pomieszaniu z olejem rycynowym i również się spisało. :) Jak zatem widać, za cenę około 13 złotych otrzymujemy pół litra (!!!) przyzwoitego, wielofunkcyjnego kosmetyku o, na moje laickie oko, całkiem przyzwoitym składzie.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Róż zaczepno-obronny

Firma Bourjois była obecna w moim domu jakoś tak... Odkąd pamiętam. Moja nie ogarnięta pasją kosmetykową Mama hołduje bowiem zasadzie, że nie ilość kosmetyków się liczy, lecz ich jakość.* Szczególnie w przypadku kosmetyków do twarzy. Dlatego też w jej kosmetyczce (niewielkiej zresztą) sporo miejsca zajmują wspomniane już, "burżujskie" (:D) kosmetyki.

Jakiś czas temu (będzie ze dwa lata) zostałam szczęśliwą posiadaczką własnego Burżujka. Był to mój pierwszy "poważny" róż. :) Wcześniej używałam Wibo, który był miły, ale jakoś źle dobrałam odcień, po drodze najczęściej sporadycznie podbierałam róż Mamie albo mojej przyjaciółce. W końcu moja zniecierpliwiona rodzicielka sprezentowała mi mój własny egzemplarz.

Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.kosmetykizameryki.pl/.


Róż, który posiadam, to odcien 03 brun cuivrè (miedziany brąz :D), który w rzeczywistości jest ciepłym, złocistym, wpadającym w rzeczony brąż różem (róż jest różem, GENIALNE) z delikatnym shimmerkiem. Ciekawy fakt - odcień ten pasuje zarówno mi, czyli blondynce, co prawda ciemnej, ale o jasnej karnacji, oraz mojej Mamie - brunetce - posądzanej przez niektórych o cygańskie korzenie.

Róż - zamknięty jest w uroczym, dopasowanym do odcienia kosmetyku pudełeczku, a do tego różuje, rozświetla, ładnie pachnie (słodki, pudrowo-kwiatowy aromat), i jeszcze da się nim wykonać pełny makijaż. :D W zależności od tego, czy użyjemy go na sucho, czy na mokro, sprawdza się jako szminka, cienie do powiek lub eyeliner (chociaż tego ostatniego zastosowania nie próbowałam). Dodatkowo jest przerażająco wydajny. Jak już pisałam, mam go od dwóch lat (chociaż niby jest zdatny do użytku przez jedyne 18 miesięcy - podsumuję to tak: "Bitch please") i dopiero niedawno zobaczyłam w nim dno. Nie stracił przez ten czas nic ze swoich właściwości.

Dodatkowym plusem tego kosmetyku jest opakowanie. Ponieważ jestem fajtłapą, biedak ciągle mi gdzieś spada, turla się lub koziołkuje. Samą siebie przeszłam, gdy spadł mi z wysokości około 165 cm (mam 170 cm wzrostu, róż trzymałam na wysokości oczu :P) na kafelkową podłogę łazienki. Efekt? Jedynie wkład się odkleił, a całość, włączając w to lusterko, pozostała w stanie praktycznie nienaruszonym.

Minusem tego cudu może być w sumie tylko pędzelek, który nie jest może bardzo idiotyczny, ale do najsprytniejszych też nie należy. Mianem pluso-minusu określę lusterko - za malutkie, żeby cokolwiek z nim zrobić, ale jakoś i tak uważam, że to miło, że jest. :)

A, najważniejsze, cena - dosyć wysoka, w okolicach 40 złotych. Jednak biorąc pod uwagę, że ten róż jest inwestycją na lata (ba, DEKADY!), a dodatkowo można go użyć jako broni balistycznej, to już tak bardzo nie poraża. Często zdarzają się też promocje na kosmetyki Bourjois. Ze swojej strony - z serca polecam.


P.s. Post powstał miliard lat temu, ale ze względu na problemy techniczne (brak aparatu) wrzucam go dopiero teraz, posiłkując się obrazkami wygrzebanymi w sieci. Przy odrobinie szczęścia kiedyś je podmienię na jakąś własną radosną twórczość. :P

* Moja Mama tę samą zasadę stosuje też do butów i staników. Przejęłam jej nawyki, chyba przez osmozę, i na przykład fizycznie nie jestem w stanie się zmusić do zakupu butów, które kiedyś nie biegały, nie chrumkały i nie miały mamusi i tatusia (może za wyjątkiem trampek :D). Że o stanikach już nie wspomnę - wolę mieć trzy staniki, ale dobre (a dobre równa się "po stówkę każdy"), niż dziesięć byle jakich.


czwartek, 2 sierpnia 2012

Szybka refleksja

Kiedy umawiam się z kolegą na trening akrobatyczny: "Makijaż? Pfy, przecież to tylko <tu wstaw dowolne imię męskie>. Użyję tylko pudru, bo ma filtr 20".

Kiedy umawiam się z koleżanką na zajęcia z dance'u (cokolwiek to jest): "OMG! Muszę zrobić makijaż! I w co ja się ubiorę?!".

Ergo - prawdą jest, że kobiety malują się po to, żeby podobać się innym kobietom. :P


    Gratis zdjęcie z treningu na Andrespolii. Gościnnie występuje Manhosa.
Pierwszy plan - ja z lepszej strony. :)