poniedziałek, 3 grudnia 2012

Szopka po krakowsku i romans z Cetaphilem

Wiecie co? Nienawidzę zimy. Serio. Uważam, że nie bez przyczyny jej portugalska nazwa brzmi inverno, które, jak mniemam, wywodzi się z łacińskiego  inferno, czyli piekło. Marzną mi paluszki, uszy i czubek nosa, a na wyjście z domu muszę poświęcić dodatkowe 10 minut. W dodatku wszędzie ten KOSZMARNY ŚNIEG. Okres przedświąteczny jest miły, bo lubię, jak jest kolorowo i się świeci (a w dodatku w Galerii Krakowskiej jest wystawa szopek, uwielbiam krakowskie szopki! <<bo są kolorowe i się świecą :P>>). Ale to nie zmienia faktu, że święta najchętniej spędziłabym odziana w bikini na Copacabanie w towarzystwie drinka z palemką/flaszki rumu saute. A moim innym małym zimowym marzeniem jest zatańczenie samby na sambodromie w stroju sambistki. <3 Znam bardzo fajną dziewczynę z Krakowa, która tańczy w formacji Sambaxe i no, no po prostu łał. :) A oprócz tego jest świetną capoeiristką. Przede mną, niestety, długa droga, bo zaczęłam w wieku, w którym normalni ludzie rezygnują z pasji, zakładają rodziny i robią się nudni, ale oj tam, czas i tak upłynie, a ja już robię odmyk z mostka, którego nie byłam w stanie nauczyć się w liceum (a tak w ogóle to lubię stroje do samby, bo są kolorowe. I się świecą, o!).

www.etnomuzeum.pl


Przejdę jednak do rzeczy, czyli recenzji. Przedmiotem owej będzie krem osławionej marki Cetaphil, o którym wspominałam jakiś czas temu przy okazji atrakcji październikowych. Krem ucieszył mnie o tyle, że, jak już pisałam w tamtej notce, otrzymałam go za moją ulubioną cenę, czyli za darmo, dzięki jakiejś akcji na wizaz.pl (ewentualnie kosztem moich danych osobowych, ale i tak obstawiam, że Zuckerberg już dawno je przehandlował). 

Wcześniej miałam do czynienia z popularną emulsją tej marki, ale były to romanse z doskoku i nieregularne, bo korzystałam z niej dzięki uprzejmości mojej minionej sublokatorki. Emulsja działała nieźle, ale doraźność jej użycia była, no, doraźna. :P Obecnie posiadam Cetaphil DA Ultra - i jestem SKRAJNIE ZACHWYCONA. Trochę bałam się silikonów w składzie, bo moja skóra jakoś raz je lubi, a raz nie, ale odkąd używam upośledzonego OCM (kiedyś opiszę to upośledzone OCM) oraz micela z Biodermy to mi one mniej straszne. 
Od kremu oczekiwałam właściwie dwóch rzeczy -  żeby nawilżał i nie zapychał. I zgadnijcie co? Nawilża, a w dodatku nie zapycha! Do tego ma bardzo miłą konsystencję, która mi osobiście, nie wiem czemu, wydaje się być puchata. Praktycznie nie posiada zapachu, szybko się wchłania i bardzo dobrze koi. Nie oczekiwałam tego, ale różne ranki i wypryski na mojej buzi (mam tendencję do robienia sobie harakiri na twarzy) goją się zdecydowanie szybciej. 
Opakowanie to funkcjonalna tubka w kolorystyce typowej dla Cetaphilu. Design jak design, ani mnie ziębi, ani grzeje, ale opakowanie jest solidne i wrzucone luzem do walizki nie ma tendencji do otwierania się.
Oprócz silikonów lotnych kremik ma w składzie olejek jojoba, który, z tego co pamiętam, działa kojąco, oraz masło shea - naturalny filtr (chyba :P). Oba składniki moja skóra najwidoczniej ubóstwia, a szczególnie tą zimową porą, krem bardzo dobrze chroni przed paskudną aurą.
Nie jestem tylko pewna, jak jest u niego z wydajnością, bo wcześniej używałam go raz dziennie, a rano nakładałam matujący z Sorayi (skiepścił się, ale o tym innym razem), plus weekendy na ogół spędzałam u Kota, u którego posiadam kremik z Suhady. W każdym razie po dwóch miesiącach wciąż 2/3 tubki, więc chyba nie ma na co narzekać. :)

A tutaj bardzo proszę, link do recenzji na wizażu ze składem i w ogóle. :P

Tak z innej beczki, to biorę udział w świątecznym rozdaniu Niecierpka, o czym donoszę z przyjemnością, bo rozdanie bardzo zacne i jest się czym chwalić. :)

piątek, 23 listopada 2012

O koniach w galopie i kawałku bielizny, a także słów kilka na temat sytuacji na polskim rynku pracy

Ponieważ ostatnimi czasy humor mam nienajlepszy (paskudne przeziębienie, brak ubezpieczenia zdrowotnego i dobijające bezrobocie*), postanowiłam zrobić post z poprawiającymi humor zakupami (to tak a propo tego bezrobocia - wydaję pieniądze, których nie mam, na rzeczy, których nie potrzebuję :P). Zatem przejdźmy do rzeczy - niedawno byłam sobie w Porcie Łódź na rozmowie kwalifikacyjnej w Parfois - rozmowa jak rozmowa, nie wyszła. Pewnie zatrudnili jakąś zaoczną studentkę z dziesięcioletnim doświadczeniem w handlu i pięcioma językami. Ale przy okazji rozmowy postanowiłam zobaczyć, co to właściwie jest ten Port. Przez cztery lata mieszkania w Łodzi byłam tam raz, zaraz po tym, jak otwarli Ikeę. Głównie dlatego, że mieści się ten przybytek jakieś dwie przecznice za totalnym końcem świata. Poszłam sobie na hot-doga do wspomnianej Ikei, kupiłam piernikowy domek dla Mamusi (całe dzieciństwo marzyłam o piernikowym domku!) i, na swoją zgubę, weszłam do Etam, gdzie z miejsca rzuciła się na mnie pani ekspedientka. Na moje uprzejme: "Ja się rozejrzę, a jak coś mnie zainteresuje, to się zgłoszę" pani wysypała na mnie kontener bielizny, dorzuciła koszulkę nocną i wepchnęła mnie razem z tym dobrobytem do przymierzalni, nie reagując na komentarze w stylu "Ale przecież nie macie rozmiarówki!" (tak, jestem świadomą konsumentką jeśli chodzi o staniki :P). Miałam nic nie kupować, ale ostatecznie wyszłam z tym uroczym gadżetem. Podobno nie ma piękniejszego widoku, niż koń w galopie (ewentualnie parkująca kobieta). Muszę się z tym zgodzić.

Wspominałam już, że robienie zdjęć moim telefonem to obraza boska i ludzka?

Co prawda rozmiar tego cuda do 70D, ale postanowiłam przymknąć na to oko, ewentualnie bardzo szybko przytyć w obwodzie. Może mój biust jakoś mi to wybaczy. Szczęśliwie załapałam się na tydzień 50% obniżek, w związku z czym za tego cudaka zapłaciłam jakieś 60 złotych (mniej więcej tyle wydaję tygodniowo na jedzenie...), przy okazji asertywnie nie kupiłam pasujących majtków ("Pani, jak ja to kupię, to będę musiała wyżerać fugę spomiędzy płytek, miejże litość!"). W każdym razie podziwiam skille sprzedażowe pani ekspedientki, sprzedałaby beduinowi piasek na pustyni. Dodam jeszcze tylko, że stanik jest bardzo wygodny i starannie wykonany, a ilością photoshopa na zdjęciu można by obdzielić ze trzy Cosmopolitany.

Sweet focia ze strony producenta (http://en.etam.com).

Pracy, oczywiście, nie dostałam, a sprawdzając moje umiejętności kelnerskie w klubie muzycznym nabawiłam się wspomnianego paskudnego przeziębienia. Ale przy okazji odkryłam, że nie mogę szukać pracy w miejscu, do którego nie weszłabym nawet wtedy, gdyby ktoś przyłożył mi obrzyna do kręgosłupa (lubię muzykę i lubię się napić. Nie lubię basów i innych ludzi. Ceny alkoholu, wybór ścieżki dźwiękowej i dobór menażerii w większości popularnych klubów skutecznie mnie odstraszają - ale za to dostałam propozycję matrymonialną od pewnego posługującego się łamaną polszczyzną afropolanina :P).



*Pracując na umowę-zlecenie mogę tylko położyć się i umrzeć. A właściwie nawet nie muszę się kłaść.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Ok, ojej, ale Sajgon

Tekst ten miał się ukazać jakieś trzy tygodnie temu, ale z racji tego, że chciałam ambitnie zrobić samodzielne zdjęcia, to leżał i czekał, aż całkowicie straci na aktualności. Jak widać - ostatecznie się poddałam (robienie zdjęć telefonem z 3 mpx przy panującej aurze to jakaś kpina).

Mój Boże, myślałam, że nie dożyję. Zaraz po obronie poszłam grzeczniutko spać o 23 po to, by następnego dnia wstać o 6:00 (no dobra, miała wstać o 6:00, wstałam o 6:30 :P) i doterkotać się TLKą do takiego mało znanego miasta, które nazywa się Warszawa. Po co właściwie mnie poniosło do Warszawy? Przede wszystkim pragnęłam pooddychać świeżym, wiejskim powietrzem... A do tego miałam za darmo przejazd i wyśmienitą kawę! :D

Agencja reklamowa, z którą współpracuję - niestety, to tylko tak dobrze brzmi - przygotowuje kampanię dla pewnej znanej podmarki znanej marki ekspresów do kawy. Dzięki temu szkoleniu do mojego krwiobiegu trafiło kilka hektolitrów wyśmienitego espresso, oraz dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy na temat pielęgnacji samych urządzeń itp. Szkolenie było tym fajniejsze, że dodatkowo nas nakarmili. A ja bardzo cenię sobie ludzi, którzy mnie karmią i dają kawę.
                                                                                                                       
Po szkoleniu udałam się z kolegą na "takie dziwne, libańskie piwo", a potem spotkałam się z przyjaciółką, która postanowiła mnie nagrodzić za to, że jestem taka mądra i wykształcona, i kupić mi coś ładnego.


www.thebodyshop.co.uk
jak obok
Oszczędziłybyśmy bardzo dużo czasu, gdybym od razu zdecydowała się na pójście do Body Shopu, serio. Ja wiem, że te kosmetyki wcale nie powalają na kolana, jeśli chodzi o składy, ale sam ich design jest tak dobry, że ile razy tam wchodzę, tyle razy tracę przytomność, a kiedy ją odzyskuję, mam w dłoniach mniejsze lub większe opakowanie bodyshopowych cudowności. Tym razem sponsorem mojego zaćmienia była Meg, od której dostałam różaną mgiełkę do ciała oraz taki sam krem do rąk (:*). Mgiełką psikałam się rano, przed wyjściem do pracy i jeszcze dziewięć godzin później pachniało nią zagłębienie łokcia. Zapach jest genialny, bo mój lokator, spytany o opinię, zareagował: "Hej, już masz coś, co tak pachnie!". Owszem, mam. Tą rzeczą jest bułgarski  olejek różany. :P

Drugim zakupem był duraline z Inglota, a dzień po powrocie odebrałam z poczty małe zakupy z zsk, poczynione w celu ratowania mojej biednej twarzy. :P

Znalazły się w nich; ekstrakt z truskawki (pachnie jak truskawki) oraz hydrolat z czarnej porzeczki (pachnie trochę jak kilkudniowy, porzeczkowy moszcz). 

Więcej grzechów nie pamiętam, a poprawy w kwestii systematyczności nie obiecuję, bo mój brak samoorganizacji już dawno zyskał własną osobowość (w dodatku wyjątkowo perfidną).

Jeśli ktoś przypadkiem dobrnie do końca i będzie chciał o którymś z zakupów w przyszłości przeczytać, to proszę dać znać. :)

wtorek, 23 października 2012

Zostałam Megazordem!

Albo raczej magistrem (jak z apteki). Na tym kończę mój flirt z edukacją, przyjemnie było, ale co za dużo, to niezdrowo. Z nerwów zapomniałam, jak się nazywał Gombrowicz, oraz jaki właściwie tytuł miało Ferdydurke. Nie mogłam sobie również przypomnieć autora Ballad i romansów. Dlatego też fakt, że zdałam, zakrawa na cud.
A poniżej kreacja, którą z okazji obrony uszyła mi moja Mama.

ma kieszenie!

Jednak hitem dnia był fakt, że pani w Carrefourze usilnie wmawiała mojemu chłopakowi, iż ten 18 lat kończy w lutym, więc nie może sprzedać mu wina (no a mój Kot to rocznik tak jakby '85...). Obśmiałam się, przyznaję, Kot za to trzymał pokerface'a dopóki pani nie zorientowała się, że ta dziewiątka to jednak ósemka.

sobota, 13 października 2012

Atrakcje październikowe - czyli dlaczego największym przekleństwem jest "Obyś żył w ciekawych czasach"

Miał być miły weekend w domu, a i tak katastrofa goni katastrofę. Od rozlanego zmywacza do paznokci począwszy, na dziwnym, niewytłumaczalnym ujemnym bilansie konta skończywszy. Gdzieś w tle jest jeszcze cudowna praca, na myśl o której mam atak paniki, i brak czasu, żeby pójść na taką ilość treningów, na jaką mam ochotę. :(

Z dobrych wieści to otrzymałam do testów nowy produkt marki Cetaphil (była jakaś ankieta na wizażu, więc stwierdziłam, że czemu nie), zaginiony w akcji wysuszacz Sally Hansen (zamówiłam go na adres chłopaka, a dowcipniś-dystrybutor wysłał mi go do rodzinnego miasta) oraz odnalazłam bazę pod cienie z Heana, która zaginęła mi jeszcze we wrześniu i na której już położyłam trzy krzyżyki i kreskę.

Do tego za dwa tygodnie - NIECAŁE! - czeka mnie obrona. Uprzedzę pytania, tak, indeks oddany, praca napisana, a jej trzy egzemplarze leżą sobie na półeczce mojej promotorki w sekretariacie. A nowa, czarna, jedwabna, obronna sukienka jest prawie skończona, i wisi w kuchni mojego domu, czekając na ostatnie poprawki. Za to nowe, czarne obronne szpilki stoją sobie spokojnie w szafie mojego chłopaka. :) Według afro-brazylijskich wierzeń czystego jedwabiu nie można przeciąć ani nożem, ani brzytwą, jak zatem widać, na obronę jak znalazł. 

Ale ogólnie czuję się tak. 

poniedziałek, 1 października 2012

Kryzys płci

Tym przewrotnym tytułem pragnę zwrócić uwagę świata na taki mały cud, który nabyłam kilka dni temu  w Naturze. :) Swego czasu podczas wizyty tam wpadły mi w oko maseczki Dermaglinu (brawo dziewczyno, cóż za refleks!), popatrzyłam na skład, podrapałam się po miejscu na mózg i już prawie leciałam do kasy, ale przypomniałam sobie, że w domu mam jeszcze co zużywać. Ostatnio jednak moja cera, o czym już wspominałam, nie miewa się najlepiej. Dodatkowo uczulił mnie krem Polleny Evy z melisą (tam mniejsza, że uczulił, on mi serce złamał!),  w związku z czym wyglądam niewyjściowo, eufemistycznie rzecz ujmując. Dlatego też przypomniałam sobie o rzeczonych maseczkach.

Stoją przed półeczką przeżywałam prawdziwe katusze, bo Dermaglin w swojej ofercie maseczek ma milion, a ze sześć na pewno. W związku z czym co zrobiłam? Kupiłam maseczkę oczyszczającą DLA PANÓW.

Zdjęcie z http://www.sklepy24.pl, oczywiście
wywaliłam opakowanie.


Skład: 100% glinka kambryjska, kwas hialuronowy, kolagen, oczar, mięta - nic co mogłoby wskazywać na to, że produkt jest przeznaczony jedynie dla płci męskiej.

Działanie: wbrew pewnym obawom broda mi nie wyrosła, za to glinka po prostu wyciągnęła z moich porów wszystko do piątego wcielenia wstecz. No dobra, może trochę koloryzuję, ale z produktów, z którymi do tej pory miałam do czynienia (a mam tu na myśli również glinkę zieloną saute zmiksowaną własnoręcznie z kwasem hialuronowym i imbirem) ten okazał się najskuteczniejszy - złagodził zmiany na skórze, a czarne kropki na nosie i brodzie były praktycznie niewidoczne. Gdyby nie uczulenie byłabym zupełnie śliczna.

Podsumowując - polecam. Zaznaczam jednak przy tym, że maseczki używałam po wcześniejszym OCM, które robię metodą parówkową, i zmyciu oleju żelem Babydream, do tego trzymałam ją jakieś pół godziny i w trakcie zwilżałam Septosanem*. Maseczkę przełożyłam do pustego, szklanego słoiczka. Spokojnie starczy jej jeszcze na dwie aplikacje. Tak że płci nie zmieniłam, ale w papierku z tym panem zakochałam się bez reszty.


Oprócz tego kupiłam dzisiaj siemię lniane i olejek pichtowy (nasionka lnu kosztują 3 złote, a zmielone siemię z jakimiś tutti-frutti militare - 6, przeżyłam szok, na olejek wydałam bandycką kwotę 17 złotych, ale uznałam, że jak już jest to się szarpnę. Łódzkie apteki jakoś bojkotują ten produkt).




*Mieszanka ziołowa do płukania jamy ustnej (szałwia, mięta i jakieś inne cuda), w 24 jesieni mojego życia zaczęłam ząbkować. I już wiem, czemu dzieci przez to płaczą. :(

sobota, 29 września 2012

"Paweł i Gaweł w jednym stali domu..."

Czyli żel BB i szampon BB*, niby takie same, a różne jak Paweł i Gaweł... Miałam oba produkty, i o ile szampon wywołał u mnie skrajny zachwyt, o tyle żel traktuję zdecydowanie mniej entuzjastycznie.

Może zacznę od działania:

Kto zgadnie, skąd jest zdjęcie?


Szampon - stosowany do mojego upośledzonego OMO (czyli OM**, bo jako trzecie O używam zazwyczaj oliwki albo jedwabiu z Marion) pozostawiał włoski milutkie i mięciutkie, i cudownie pachnące. A do tego mogłam je myć co drugi, a czasem nawet co trzeci dzień, co przy produktach bardziej agresywnych było nie do pomyślenia. Dodatkowo nadawał się w moim przypadku do mycia całego ciała (chociaż z twarzą nie próbowałam) - na wyjazdy warsztatowe, gdzie w kolejce pod prysznic kłębi się zazwyczaj krwiożercza tłuszcza, dziko wyjąca o pośpiech, NIEZASTĄPIONY. Do tego dochodzi mała, poręczna buteleczka i śmieszna cena 4 złotych. Rozczulają mnie te śliczne motylki na opakowaniu, a na bobasa staram się nie zwracać uwagi (boję się małych dzieci, co jest tym bardziej przejebane - wybaczcie dosadność słowa, że czasami pomagam jako animator w Centrum dla dzieci Simba, które prowadzi moja Mama. Najgorsze jest jednak to, że dzieci mnie lubią :<).

A to? :D

Żel - stosowany również do wszystkiego, włącznie z twarzą. Krzywdy nie robi, ale zachwycona nie jestem. Włosy wyglądają gorzej niż po szamponie i krócej zachowują świeżość. Wydaje mi się też, że odrobinę wysusza skórę (albo to ta nieludzka łódzka woda), ale najdziwniejsze jest dla mnie to, że delikwent pod koniec zaczął zalatywać amoniakiem. Taka średnio przyjemna woń, tym bardziej, że szampon takich psikusów nie robił. Ale to cudne opakowanie z pompką przyda mi się na oleje, których często używam pod prysznicem. :)

Byłam prawie pewna, że mają identyczny skład, jednak ostatecznie postanowiłam je porównać. Różnice są nieznaczne, ale najwidoczniej nie bez znaczenia, zainteresowanych odsyłam do cosia (cosDNA):

ŻEL
SZAMPON

Przynajmniej, mimo humanistycznego wykształcenia (o ile humanistyczne wykształcenie można nazwać wykształceniem) i pewnego wtórnego debilizmu, jeśli chodzi o chemię, mogę w miarę dokładnie określić, co lubią, a czego nie lubią moje włosy.

A na koniec, poza tematem, wklejam zdjęcie standu, który zrobiłam dla Simby (lwa "rżnął" - jak sam to określa - mój Tata :P).

Dawno nie bawiłam się tak dobrze, jak podczas malowania tego ssaka.
Zaczynam podejrzewać, że źle wybrałam zawód  (jaki zawód, kobieto,
polonista to nie zawód, tylko hobby...). :(


P.S. Pompki wczoraj zrobiłam, teraz dwa dni przerwy. I CAŁE SZCZĘŚCIE, bo sobota/niedziela mam treningi. :P

* Babydream - dla mało domyślnych.
** Dopiero teraz skojarzyłam z Omem ze Świata Dysku. :3

wtorek, 25 września 2012

Nowości w Naturze

Biegałam sobie dzisiaj z cefałkami po Galerii Łódzkiej (student-dyspozycyjny -dwalatadoświadczenianapodobnymstanowisku, no bitch please...) i nóżki mnie zaniosły do Natury. Żeby nie przedłużać napiszę tylko, że można tam teraz dostać olejki z Green Pharmacy, wszystkie trzy czy dwa. :) Jak tylko pojawi się ten z papryką (półki były solidnie przetrzebione), nie omieszkam się zaopatrzyć (swoją drogą ktoś używał?)! 

To tak jakby ktoś nie wiedział, miłego wieczoru!


P.s. Pompki mają się dobrze, wczoraj zrobiłam tyle, ile miałam zrobić (38 według rozpiski), a dzisiaj, jako że zaleca się dzień przerwy, machnęłam sobie brzuszki (i przy okazji odkryłam, że wciąż mam zakwasy po weekendowych treningach :P).

Edit pompkowy:

Nie mam o czym pisać (paznokcie pomalowałam, ale nic nie wybuchło, więc nie warto o tym wspominać), a muszę się rozliczyć przed sobą i światem - pompki machnięte, na końcowy max (min. 10) zrobiłam 20... Mam dziwne wrażenie, że dobieranie programu dzień po treningu mogło być błędem. :P

niedziela, 23 września 2012

Na co Sowie silne łapki?

Na braki w tkance mięśniowej jakoś specjalnie nie narzekam, chociaż, oczywiście, mogłoby być lepiej - szczególnie ostatnio. Z trzech-czterech treningów w tygodniu zeszło mi do dwóch, a powód jest prozaiczny jak kiszony ogórek, brak pieniędzy oraz konieczność ciągłego kursowania między Łodzią a Tarnowem. :(

W moim  przypadku mięśnie nie tylko mają sprawiać, że jestem śliczna i fit, ale przede wszystkim mają zastosowanie praktyczne. Silne ciało = lepsze akrobacje = ciekawsza gra. W capoeirze ziemi możemy dotykać tylko stopami lub rękami (okazjonalnie głową :P), znajduje tu odzwierciedlenie stara maksyma, w myśl której ręce służą do budowania, a nogi do niszczenia. Dlatego tak ważne jest, by mieć silne kończyny.

Nie czarujmy się, po naprawdę intensywnych dwóch latach chwila przerwy w treningach dobrze mi zrobiła, ale jako że rozpoczął się regres, a mi zwyczajnie brakuje ruchu, postanowiłam coś ze sobą zrobić. I tak oto znalazłam tego cudaczka - http://www.100pompek.pl/. :D

Dziś wykonałam pompki kontrolne, tak na spokojnie i bez stresu zrobiłam 15, ale wczoraj i dziś miałam trening, więc podejrzewam, że mogłabym zrobić i 20 lub 25, jednak wszystko jest dla ludzi i nie ma sensu się forsować. :) Programik zaczynam od jutra - a za miesiąc, kto wie, może będę w stanie zrobić przejście ze stania na głowie do stania na rękach!


No to do dzieła! Będę jeszcze lepsza, niż tu! :D


Lato pachnie bergamotką

Jestem totalną ignorantką w kwestii zapachów. I bardzo dobrze, bo jeśli byłabym uzależniona jeszcze od perfum, to prawdopodobnie jadłabym tynk. Mimo tego, że się nie znam, to lubię czymś pachnieć, najlepiej, żeby było radosne, słodkie i owocowe.

Obecnie moja kolekcja przedstawia się, jak na moje wymagania, imponująco, bo znajdują się w niej aż trzy flakoniki: Puma Jam, Diesel Zero Plus (gdzie tam jest truskawka, GDZIE?!) oraz bohater dzisiejszego wpisu, czyli kultowy CK One (no i jeszcze bułgarski olejek różany oraz dwa perfumowane dezodoranty Yves Rocher, z których jeden pachnie piżmem, a drugi diabli-wiedzą-czym >taki zielony jest, ładny ten zielony, kolor znaczy, ktoś coś wie?<).

http://www.bestfashionstyles.com


Opis z Wizażu:


'CK One' to zapach uniwersalny, odpowiedni zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. 

Powstał w 1994 roku i od tamtej pory cieszy się wielką popularnością. Przeznaczony głównie dla młodych, aktywnych osób. 

Nuty zapachowe: 
nuta głowy: bergamotka, cytryna, mandarynka 
nuta serca: jaśmin, konwalia, róża, kosaciec florencki 
nuta bazy: cedr, sandałowiec, ambra, mąka tarniowa


Posiadaczką androgenicznego zapachu zostałam całkowitym przypadkiem. Pewnego pięknego dnia moja łódzka grupa capoeiry została poproszona o zrobienie pokazu z okazji otwarcia nowego stoiska Douglas'a w Manufakturze. Na ogół różne rzeczy robimy wolontaryjnie (nie, żeby nam się to podobało, ale ludzie chyba myślą, że sama możliwość jechania na drugi koniec miasta i zrobienia paru kopnięć przed publiką sprawia nam przyjemność), ale w tym przypadku zostaliśmy miło zaskoczeni, bo właściciel stoiska postanowił wynagrodzić nas w " naturze". Jednak zamiast worków z ziemniakami otrzymaliśmy pełnowymiarowe testery perfum znanych i lubianych marek. Dodatkowo mieliśmy wybór, i tak, po analizie nut zapachowych i opinii internautów, zdecydowałam się na Calvinka. I był to strzał w dziesiątkę, a nawet w setkę. :)

Zapach jest idealny na lato, cierpki i kwaskowaty, bergamotka, którą mój niewprawny nos kojarzy z herbat typu earl grey, sprawia, że jest jeszcze bardziej świeży i oryginalny. Sprawdza się zarówno na dzień, jak i wieczorną imprezę, a mój organizm reaguje na niego jak na wiadro zimnej wody wylanej na głowę w upalny dzień (swoją drogą uwielbiam upały, podejrzewam, że w poprzednim wcieleniu byłam salamandrą). 

wikipedia :D

Lato, niestety, już się (s)kończy(ło)*, ale podejrzewam, że bergamotka pomieszana z aromatem earl greya sprawdzi się również w czasie jesiennych i zimowych wieczorów. :)


A na pewno ładnie prezentuje się w jesiennym świetle.



* :(

czwartek, 6 września 2012

Twarz do poprawki

Moja cera uznała, że mnie nienawidzi. Najpierw głęboko się obraziła po tym, jak niepomna wcześniejszych doświadczeń umyłam ją jakimś paskudztwem z Avonu (awaryjnie nocowałam u znajomych i nie miałam ani pół własnego kosmetyku, więc uznałam, że lepiej umyć twarz czymkolwiek, niż spać w makijażu*) i uległa totalnemu przesuszeniu, a później, jak już udało mi się ją odratować, zasypała mnie niespodziankami - podejrzewam, że była to reakcja na użycie kremów z Yves Rocher, z których każdy miał w składzie przynajmniej po jednym silikonie (a przynajmniej tyle byłam w stanie rozszyfrować**). W każdym razie już znam ból osób z suchą skórą i szczerze współczuję.

No w każdym razie w związku z powyższymi zawirowaniami postanowiłam kupić sobie peeling enzymatyczny, bo te małe, różowe paskudki na mojej twarzy zdecydowanie zbyt radośnie reagowały na wszelkie ziarniste peelingi (co nigdy wcześniej nie miało miejsca swoją drogą).




Zakupy zrobiłam w Hebe, a oprócz peelingu do koszyczka trafiły plasterki z essence, o których do tej pory nie wiedziałam, że istnieją.
O ile plasterki są raczej słabe w kierunku złych, o tyle z peelingu jestem bardzo zadowolona.
No cóż, walczę, bo po wprowadzeniu wieloetapowego oczyszczania z moją twarzą było już naprawdę nieźle. :(

Podbudowała mnie za to pani z Hebe, gdzie postanowiłam założyć kartę. Ta urocza kobieta spytała, czy jestem pełnoletnia. :D Cieszy, szczególnie, że pod koniec września bronię (a przynajmniej mam taką nadzieję) pracę magisterską (w związku z czym mam trądzik młodzieńczy i ząbkuję, fenk ju gud najt!).








*Limit spania w makijażu na czas "do końca życia" wyczerpałam podczas pobytu w Kielcach. Ciężkiego pobytu. O dziwo, moja cera doskonale zniosła spanie w kremie BB wymieszanym z kwasem hialuronowym. Słaba nauczka na przyszłość.

**Naturalne kosmetyki, psiakrew...

piątek, 31 sierpnia 2012

"Jak to ze lnem było..."

Wydarzenia, podobnie jak nieszczęścia, są tchórzami i nigdy nie występują w pojedynkę. Mi akurat trafiła się taka ładna parka, która skutecznie wyprała mnie z wolnego czasu (a raczej wpędziła w stan "bezsennego limba", który polega na tym, że siedzę i stresuję się rzeczami, które mam do zrobienia, przez co nie robię nic. Albo sprzątam. :P).

W każdym razie do moich magisterkowo-freelancerskich (jest takie słowo?) problemów w ostatni weekend doszła przeprowadzka. Obecnie mieszkam (na razie sama) niedaleko łódzkiego ASP w cudownym, maleńkim mieszkanku. Nowa lokalizacja ma miliard zalet i tylko jedną wadę - brak większego sklepu w okolicy (ewentualnie się przede mną schował i go jeszcze nie odkryłam), mam jednak całkiem blisko do Społem, gdzie mają WSZYSTKO (wczoraj kupiłam tam, na przykład, talerz, taki ładny, niebieski. W moim nowym mieszkaniu jedyne naczynia stanowiły kubki i maselniczka w groszki) oraz do Carrefour-marketu, gdzie z kolei nie mają niczego. Czy też prawie niczego. Przekonałam się o tym dzisiaj, kiedy postanowiłam nabyć tam obiad oraz odżywkę do włosów (używany obecnie balsam Mrs. Potter zużyję prawdopodobnie w charakterze pianki do golenia albo dam siostrze. Niby wszystko ok, ale chyba nigdy nie pojmę, dlaczego produkt do "włosów tłustych u nasady i suchych na końcach" przetłuszcza rzeczoną nasadę, a z końcami nic nie robi.) Odżywki nie znalazłam, obiadu takoż, ale moim zdziwionym oczom ukazał się ciekawy wybór olejów, obejmujący takie produkty, jak olej lniany, konopny oraz ryżowy. Dostałam lekkiego zawału, po czym, w obliczu braku odżywki*, capłam olej lniany i entuzjastycznie wrzuciłam do koszyczka.

O taki sobie olejek no name.
Zdjęcie capnięte z nokaut.pl
(w domu mam Budwiga, a oczywiście,
będąc w Łodzi, zdjęcia nie poczyniłam, bo po co).

Maleńka buteleczka o pojemności 200 ml ma datę ważności do 20 października. Zamierzam sprawdzić, jak olej sprawdzi się w zastępstwie wspomnianej oliwki Hipp, której używam do olejowania włosów i pielęgnacji reszty mojej skromnej osoby. :) Butelka, co prawda, z powodu warstwy kurzu na sobie wyglądała dosyć podejrzanie, jednak specyfik kosztował 6.90. Pachnie bardzo przyjemnie, więc może mnie nie zabije.

P.s. "Naojejowałam" olejem włosy (na mokro), nie wstydzę się przyznać, że gdy na drugi dzień umyłam głowę, a potem zobaczyłam efekt, praktycznie płakałam ze szczęścia. ;)

* To taka kobieca logika z cyklu: "Panie władzo, nie mam przy sobie prawa jazdy, ponieważ torebka nie pasowała mi do butów".

środa, 22 sierpnia 2012

Kakaowe masło do ciała marki Cien

Jestem tym typem człowieka, co to ze wszystkich słodyczy najbardziej lubi kebab, a idąc na romantyczny spacer do Tesco "po coś słodkiego" wraca z paczką solonych prażynek. :) Jednak przy tym jestem fanką słodkich zapachów, zarówno w przypadku perfum (zdeklarowana fanka Escad, na które mnie nie stać, słodziutkich wód toaletowych Moschino, na które stać mnie trochę częściej i takich tam słodkich, owocowych woni) jak i kosmetyków pielęgnacyjnych.

Jakiś czas temu byłam szczęśliwą posiadaczką cudoooownej kostki do masażu, zwanej maślane serce (można zobaczyć tu). Po początkowym szoku powonieniowym - brokatowe cudo pachniało jota w jotę jak pomarańczowy batonik Pawełek, podczas gdy ja spodziewałam się trawy cytrynowej - bardzo się z kosteczką pokochałam i z prawdziwym bólem serca wsmarowałam w siebie ostatni kawalątek tego cuda. Przy okazji odkryłam, że fantastycznie działa na moje ciało masło kakaowe. Zatem kiedy pewnego dnia moja rodzicielka zadzwoniła do mnie z informacją, że w Lidlu są masła do ciała marki Cien, w tym masło kakaowe, długo się nie wahałam. Po wstępnym, niezwykle fachowym zapoznaniu się ze składem via telefon ("Mamo, zobacz co tam jest na pierwszych czterech miejscach i jak nie ma parafiny, to bierz!") stałam się szczęśliwą posiadaczką kolejnego kakaowego specyfiku.

Zaznaczę tylko, że masła z TBS mają na ogół trzy parabeny w składzie. ;P

Przejdźmy zatem do rzeczy, czyli opakowania, zapachu, konsystencji, działania i takich tam.

Zatem opakowanie. Plastikowe, lecz piękne! Absolutnie niepraktyczne i trudne w obsłudze, ale strona wizualna wynagradza mi wszystko. Zresztą proszę spojrzeć:

Bohaterem drugiego planu jest moja niezwykłej urody kosmetyczka
z Biedronki. :)

Zapach - z grubsza kakaowy, bardzo słodki, jadalny, chociaż trochę bardziej przypomina wyrób czekoladopodobny, niż czekoladę. Na skórze jednak sprawuje się całkiem przyjemnie, jednak uważam za wariant bardziej zimowy. :)

Konsystencja - miła, chociaż mało maślana, raczej kremowo - śmietankowa. Łatwo się nabiera, łatwo rozsmarowuje.

Działanie - na mojej skórze, z którą nie mam żadnych problemów (przyznam się ze zgrozą, że właściwie balsam, kiedy jestem w Łodzi, z powodzeniem mogę stosować raz na trzy dni, a w domu nawet rzadziej) sprawdza się bardzo dobrze. Jedyny minus - dosyć długo się wchłania i pozostawia na skórze tłustą warstwę, lepiej zatem stosować go na noc.

I na koniec - ostatnio zastosowałam je też na włosy w pomieszaniu z olejem rycynowym i również się spisało. :) Jak zatem widać, za cenę około 13 złotych otrzymujemy pół litra (!!!) przyzwoitego, wielofunkcyjnego kosmetyku o, na moje laickie oko, całkiem przyzwoitym składzie.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Róż zaczepno-obronny

Firma Bourjois była obecna w moim domu jakoś tak... Odkąd pamiętam. Moja nie ogarnięta pasją kosmetykową Mama hołduje bowiem zasadzie, że nie ilość kosmetyków się liczy, lecz ich jakość.* Szczególnie w przypadku kosmetyków do twarzy. Dlatego też w jej kosmetyczce (niewielkiej zresztą) sporo miejsca zajmują wspomniane już, "burżujskie" (:D) kosmetyki.

Jakiś czas temu (będzie ze dwa lata) zostałam szczęśliwą posiadaczką własnego Burżujka. Był to mój pierwszy "poważny" róż. :) Wcześniej używałam Wibo, który był miły, ale jakoś źle dobrałam odcień, po drodze najczęściej sporadycznie podbierałam róż Mamie albo mojej przyjaciółce. W końcu moja zniecierpliwiona rodzicielka sprezentowała mi mój własny egzemplarz.

Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.kosmetykizameryki.pl/.


Róż, który posiadam, to odcien 03 brun cuivrè (miedziany brąz :D), który w rzeczywistości jest ciepłym, złocistym, wpadającym w rzeczony brąż różem (róż jest różem, GENIALNE) z delikatnym shimmerkiem. Ciekawy fakt - odcień ten pasuje zarówno mi, czyli blondynce, co prawda ciemnej, ale o jasnej karnacji, oraz mojej Mamie - brunetce - posądzanej przez niektórych o cygańskie korzenie.

Róż - zamknięty jest w uroczym, dopasowanym do odcienia kosmetyku pudełeczku, a do tego różuje, rozświetla, ładnie pachnie (słodki, pudrowo-kwiatowy aromat), i jeszcze da się nim wykonać pełny makijaż. :D W zależności od tego, czy użyjemy go na sucho, czy na mokro, sprawdza się jako szminka, cienie do powiek lub eyeliner (chociaż tego ostatniego zastosowania nie próbowałam). Dodatkowo jest przerażająco wydajny. Jak już pisałam, mam go od dwóch lat (chociaż niby jest zdatny do użytku przez jedyne 18 miesięcy - podsumuję to tak: "Bitch please") i dopiero niedawno zobaczyłam w nim dno. Nie stracił przez ten czas nic ze swoich właściwości.

Dodatkowym plusem tego kosmetyku jest opakowanie. Ponieważ jestem fajtłapą, biedak ciągle mi gdzieś spada, turla się lub koziołkuje. Samą siebie przeszłam, gdy spadł mi z wysokości około 165 cm (mam 170 cm wzrostu, róż trzymałam na wysokości oczu :P) na kafelkową podłogę łazienki. Efekt? Jedynie wkład się odkleił, a całość, włączając w to lusterko, pozostała w stanie praktycznie nienaruszonym.

Minusem tego cudu może być w sumie tylko pędzelek, który nie jest może bardzo idiotyczny, ale do najsprytniejszych też nie należy. Mianem pluso-minusu określę lusterko - za malutkie, żeby cokolwiek z nim zrobić, ale jakoś i tak uważam, że to miło, że jest. :)

A, najważniejsze, cena - dosyć wysoka, w okolicach 40 złotych. Jednak biorąc pod uwagę, że ten róż jest inwestycją na lata (ba, DEKADY!), a dodatkowo można go użyć jako broni balistycznej, to już tak bardzo nie poraża. Często zdarzają się też promocje na kosmetyki Bourjois. Ze swojej strony - z serca polecam.


P.s. Post powstał miliard lat temu, ale ze względu na problemy techniczne (brak aparatu) wrzucam go dopiero teraz, posiłkując się obrazkami wygrzebanymi w sieci. Przy odrobinie szczęścia kiedyś je podmienię na jakąś własną radosną twórczość. :P

* Moja Mama tę samą zasadę stosuje też do butów i staników. Przejęłam jej nawyki, chyba przez osmozę, i na przykład fizycznie nie jestem w stanie się zmusić do zakupu butów, które kiedyś nie biegały, nie chrumkały i nie miały mamusi i tatusia (może za wyjątkiem trampek :D). Że o stanikach już nie wspomnę - wolę mieć trzy staniki, ale dobre (a dobre równa się "po stówkę każdy"), niż dziesięć byle jakich.


czwartek, 2 sierpnia 2012

Szybka refleksja

Kiedy umawiam się z kolegą na trening akrobatyczny: "Makijaż? Pfy, przecież to tylko <tu wstaw dowolne imię męskie>. Użyję tylko pudru, bo ma filtr 20".

Kiedy umawiam się z koleżanką na zajęcia z dance'u (cokolwiek to jest): "OMG! Muszę zrobić makijaż! I w co ja się ubiorę?!".

Ergo - prawdą jest, że kobiety malują się po to, żeby podobać się innym kobietom. :P


    Gratis zdjęcie z treningu na Andrespolii. Gościnnie występuje Manhosa.
Pierwszy plan - ja z lepszej strony. :)



niedziela, 22 lipca 2012

Małe zakupy w grodzie Kraka

Oczywiście porwałam się na prowadzenie bloga, jak łysy z motyką na Słońce (brak czasu, wyjazdy, rozjazdy, praca i bolesny proces twórczy obejmujący pisanie magisterki). Ale po wpisie powitalnym czas na wpis bardziej konkretny. :)

Konkretnie to byłam wczoraj w Krakowie na szkoleniu dla animatorów zabaw dla dzieci (ftw?!) - dokładniej zgłębiałam tajniki face paintingu (nie wiem, dlaczego nie można było nazwać tego po polsku :P). Ponieważ moje zajęcia poprzedzały warsztaty ze skręcania zwierzątek z balonów, które jakoś absolutnie mnie nie zainspirowały i postanowiłam je sobie odpuścić, miałam trzy godziny wolnego. Jako jednostka wysoce kulturalna i spragniona rozrywek, których mogło dostarczyć mi to artystyczne miasto, poszłam do Firlita. :D Niestety, obecnie kończę studia w Łodzi, w której tej sieci nie uświadczy (aczkolwiek jest wszystkomająca drogeria na Bałuckim Rynku i druga, z Virtualem, na Górniaku, ale ja mieszkam na końcu świata, więc w jednej byłam dwa razy, a w drugiej raz :P), w związku z tym podczas spaceru po Karmelickiej nie omieszkałam wstąpić.

                                       
Eyeliner Virtual - zakup eyelinera był spowodowany tym, że od coś około dwóch lat szukam podobnego odcienia mazidła do oczu. Oczy mam, co prawda, niebieskie, ale osobiście uważam, że ten kolor świetnie podbija barwę tęczówki. :)

   Starałam się podbić kolor, żeby wydobyć jak najlepiej odcień. Wyszło jak zwykle. :P

Plasterki na nos i brodę firmy Marion - już kiedyś ich używałam i osobiście uważam, że - przynajmniej na mnie - spisują się o wiele lepiej, niż plasterki z aktywnym węglem z For Your Beauty. Miły zamiennik dla plastrów z Face Shopa (które lekko mnie rozczarowały).

    Zestaw dla mnie i siostry. :)

Maść arnikowa z Flos Leka - od naprawdę zaskakująco długiego czasu (jakoś od liceum) borykam się z problemem pajączków na udach i łydkach (nie mam za to cellulitu, no ale na litość boską, coś za coś!). Są na tyle widoczne, że powodują u mnie dyskomfort psychiczny. Byłam z nimi oczywiście u lekarza, ale pani doktor kazała mi tylko łykać rutinoscorbin i powiedziała, że c'est la vie, raczej nie umrę. O właściwościach arniki wiedziałam już od jakiegoś czasu, ale nigdy nie było mi po drodze do apteki. Maść ma bardzo dobry skład i przyjemną żelową konsystencję, dodatkowo można używać jej również na sińce pod oczami. Powędrowała zatem do koszyczka (ta, jasne, sama powędrowała, rzuciła się na mnie, wykręciła mi ramię i przemocą dołączyła do reszty zakupów...). Bardziej traktuję ją jak lek homeopatyczny, ale po cichu liczę na efekt placebo. :D Z pewnością za jakiś czas o niej napiszę. :)



Uf, i po debiucie. Mam nadzieję, że jakoś to wyszło. :)

czwartek, 5 lipca 2012

Na dobry początek

Na dobry początek pasowałoby napisać, jaka będzie tematyka bloga. Zatem tematyka bloga będzie... Typowo kosmetyczna! :D Mało takich miejsc w sieci, więc jeszcze jedno nie zaszkodzi. :P Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że moje nieszczęsne otoczenie jest od jakiegoś czasu dręczone opowieściami o kosmetykach i mniej lub bardziej naturalnej pielęgnacji, więc w trosce o psychikę bliższych i dalszych znajomych postanowiłam w końcu się przemóc. I oto jestem. :)

O sobie napisałam mnogość rzeczy w dziale "O mnie", w związku z czym, w ramach dopełnienia obrazu, pozwolę sobie tylko wstawić taki oto dialog, który ostatecznie podsumowuje moją skromną osobę:

Kot: No i kot ma też pięknie posprzątane. Pyszczkowi się spodoba. Tyle, że zrobi burdelik na nowo gdy przyjdzie. ♥

 Ja: Pyszczek nie robi burdeliku, tylko wprowadza luźną atmosferę. Ewentualnie robi feng shui.

 Kot: Pyszczek ma czarny pas w feng shui.

Mistrzyni feng shui. To ja!