poniedziałek, 20 lutego 2017

Niezbędnik freelancera

Z początku chciałam zatytułować ten wpis "niezbędnik copywritera", ale uznałam, że w sumie porady i potrzeby mogą okazać się dosyć uniwersalne, bo w końcu - o ile ktoś nie jest szkutnikiem-wolnym strzelcem - nasza praca wygląda dosyć podobnie.


Oto kilka rzeczy, które ratują mi życie i sprawiają, że nie zawalam terminów (za bardzo):

1) Słuchawki - jako osoba pozbawiona własnego pokoju lub pracująca niekiedy w trudnych warunkach typu szkolny korytarz bez słuchawek prawdopodobnie bym zginęła. Słuchawki pozwalają mi się skupić i skutecznie odcinają od jazgotu, bełkotu i innych zjawisk fonetycznych. Niech żyją słuchawki!



Oczywiście trudne warunki bywają różne. Czasem rumuński korytarz, czasem kataloński balkon. <3

2) Podkładka pod laptopa - to moje niedawne odkrycie, ale już się zakochałam i myślę, że będziemy razem, dopóki któraś z nas się nie rozsypie. Podkładka doskonale stabilizuje laptop, dzięki czemu na przykład nie wypada mi kabelek z zasilacza (mój laptop jest rozdzierająco stary), a laptop jakby mniej się nagrzewa. Kawy na mojej wersji podkładki niestety nie postawię, ale raz, że przy mojej wrodzonej pierdołowatości może to i lepiej, a dwa - nie można w końcu za dużo oczekiwać od podkładki, której koszt całkowity wyniósł trzy złote i jedną awanturę.

Nie ma to jak czarny tablet na ciemnym tle.


3) Dobrze zaopatrzony barek. Żartowałam (wcale nie).

4) Poduszka podróżna, czyli taki rogal do zakładania na szyję. Przydatne, kiedy którąś godzinę z kolei pracujemy w dziwnej pozycji, bo w innej pozycji cząsteczki weny jakoś nas omijają.

5) Niewolnik do robienia kawy. Ja nie mam, ale wiem, że jest niezbędny.

6) Kubek termiczny. Ponieważ nie mamy niewolnika, który zrobiłby nam świeżą kawę, warto zadbać o to, żeby nasza kawa była przynajmniej letnia, kiedy wreszcie sobie o niej przypomnimy.

Fot. Pixabay


7) Kota, który grzałby stópki, a którego, podobnie jak niewolnika, nie posiadam. :c

piątek, 16 grudnia 2016

Francuski jest spoko - przydatne strony do nauki francuskiego



W społeczeństwie pokutuje mit, że "francuski jest trudny". Po trzech latach nauki tego języka mogę powiedzieć o nim dużo - jest melodyjny, jest ładny, ma beznadziejne przekleństwa, ale na pewno nie jest trudny.

Pomijając wymowę, która obejmuje kilka głosek, których nie ma w naszym systemie oraz ortografię, która wygląda strasznie, ale MA ZASADY (czego nie można powiedzieć o naszej ortografii rodzimej, która tylko udaje, że ma zasady, a tak naprawdę jest damą z dezynwolturą), to francuski naprawdę nie jest taki skomplikowany.

Ale (bo zawsze jest jakieś ale)... Samodzielna nauka, przynajmniej na początku, nie wchodzi w grę.

Dlaczego, skoro jest taki prosty? Właśnie przez wymowę.

Nie zawsze byłam zadowolona z metod nauczania stosowanych na mojej uczelni, ale o jedno moi wykładowcy zadbali - stosowali totalny zamordyzm fonetyczny. I chociaż wciąż raczej nie da się mnie pomylić z interlocutrice native, to nawet Francuzi przyznają, że jest nieźle. 

Zatem samodzielnej nauki mówienia jak najbardziej nie polecam (chyba, że mamy anielską cierpliwość, znamy alfabet fonetyczny i chce się nam każde słowo konsultować z translatorem googla i w kółko się nagrywać), ale mam za to do polecenia dwie, osoby z którymi nasze umiejętności możemy ćwiczyć praktycznie od poziomu A1.




Piotra poznałam przypadkiem i od razu przypadliśmy sobie do gustu. Głównie przez wzgląd na to, że - co rzadkie i piękne - do każdego video dodaje transkrypcję, co we francuskim, języku pełnym homonimów, homofonów i ogólnie różnych innych homo- (pewnie stąd ten stereotyp, że Francuzi są lekko zniewieściali) jest nie do przecenienia! Dodatkowo Pierre porusza różne tematy związane z francuską kulturą, od przepisów na crêpes po strajki, oraz bardzo ładnie i klarownie tłumaczy różne zagadnienia gramatyczne.




To nasza rodzima produkcja, którą odkryłam całkiem niedawno i która z miejsca przypadła mi do gustu. Pan od francuskiego to taki nauczyciel, którego sama chciałabym mieć. Może dzięki temu szybciej zrozumiałabym ten cholerny subjonctif i wcześniej poznała kilka uroczy wyrażeń, które przydałyby mi się podczas codziennej komunikacji w Rumunii. Pan od francuskiego do skomplikowanych zagadnień gramatycznych podchodzi z niezwykłym wdziękiem i lekkością, a oprócz tego regularnie zamieszcza lekcje zawierające przydatne zwroty. Na stronie można też znaleźć ćwiczenia do samodzielnego rozwiązania wyposażone w klucz. I to za darmo! Jest taki fajny, że nawet mi nie przeszkadza, że jest z Warszawy. 

I na koniec - jeżeli wciąż macie obiekcje, boicie się zacząć naukę, bo to trudne, bo wymowa, bo pisownia, to postarajcie się porozmawiać z Francuzami po angielsku. Gwarantuję, że wyzbędziecie się wszelkich kompleksów.

wtorek, 13 grudnia 2016

Jak kupuję w szmateksach

Kiedy przebywałam na rubieżach świata, uciekałam przed wampirami i balansowałam na krawędzi Azji i Europy w tych moich wszystkich przygodach brakowało mi jednej rdzennie polskiej rzeczy - szmateksów.

Teoretycznie w Cluj była cała masa 2nd handów (a sądząc po stanie ubrań nawet i 3rd handów), ale raz, że jakoś nic nie trafiało w mój gust, a dwa, że ceny właściwie były takie same jak w sieciówkach (a bywało i drożej). Nietrudno się domyślić, że płacenie 15 lei za koszulkę pożółkłą pod pachami uśmiechało mi się średnio.

W Erywaniu z kolei znalazłam jeden 2nd hand. Prowadzony zresztą przez stolarza, który przy okazji sprzedawał w nim też meble.* Niestety, wybór ubrań również nie zachęcał (chociaż meble były spoko).

Aż w końcu wróciłam do kraju i pierwsze, co zrobiłam (no dobra, drugie. Pierwszy był prysznic), to poleciałam "na szmaty".

"Z odzysku" - spódnica i sweter. Fot. Klipiec
I teraz przechodzimy do części "Jak kupuję w szmateksach". Celowo nie "Jak kupować w szmateksach" bo jestem bardzo daleka od dawaniu komuś dobrych rad i uczenia go jak żyć. Ba, sama powinnam zacząć odkładać na leczenie (kłaniają się dwa camelowe płaszcze 80% wełny w składzie każdy). Jednak pewien zespół filtrów pozwala mi zachować przynajmniej pozory zdrowego rozsądku i sprawić, że ubrania wciąż mieszczą mi się w szafie (przepraszam, w szafach. I pojemniku na pościel).

1) Kupuję tylko w tych sekyndhendach, które mają "dni za złotówkę" i staram się do nich nie wchodzić w dni "normalne". Dzięki temu wciąż mam za co jeść. Wyjątek stanowią sytuacje, kiedy szukam czegoś konkretnego, a i wtedy biorę ze sobą powiedzmy 20 zł, żeby nie wyjść z kolejną boho-sukienką, która w środku zimy potrzebna mi jest jak chomikowi siodło.

2) Wybieram tylko te rzeczy, za które byłabym skłonna zapłacić normalną cenę. No dobra, cenę po 70% obniżce.

Właściwie wszystko poza torbą i butami.
W gratisie trzaskający mróz w Tibilissi.
3) Nawet wtedy patrzę na skład. Przykładowo jestem na tyle rozpuszczona, że nie zapłacę tej złotówki lub dwóch za poliester czy akryl. Szczęśliwie jako pierwsza wnuczka krawca zostałam przeszkolona w zakresie oceniania tkanin na oko i po dotyku. :)

Zdjęcie z wczoraj.
Jeden z legendarnych płaszczy
(spódnica też znalazła u mnie szczęśliwy dom).
Zdjęcie robione odpryskiem kafelka.

4) Kiedy skład jest w porządku, patrzę na jakość szwów i ewentualne uszczerbki na urodzie. Jeżeli jest ok, a uszczerbki na tyle nieznaczne, że jestem w stanie sama je naprawić przy użyciu metod manualnych, biorę.


Oprócz tego kupuję tylko to, o czym wiem, że NA PEWNO będę to nosić i mam z czym zestawić oraz idealnie na mnie leży.

Co oczywiście nie oznacza, że zachowuję zdrowy rozsądek (patrz dwa camelowe płaszcze). :)

*Ormianie są narodem wielu talentów i rzadko kiedy ograniczają się do jednej profesji. I tak na przykład moja teściowa jest kosmetologiem, psychologiem i robi piękne lalki, przyszły mąż jest dyplomowanym artystą-malarzem, aktorem, reżyserem i hobbystycznie naprawia komputery przy użyciu scyzoryka i zapalniczki, a znajoma studentka turystyki trenuje też skautów i uczy się wyrabiać srebrną biżuterię, dorabiając sobie przy okazji w biurze tłumaczeń.