poniedziałek, 11 września 2017

Nie obrażające inteligencji lektury na wakacje

W te wakacje, pomimo wychodzenia za mąż i robienia innych niedorzeczności, miałam odrobinę czasu na to, żeby poleżeć w hamaku i odrobinkę sobie poczytać. Odrobinkę w moich kategoriach, bo Już-Mąż uznał, że jestem nienormalna i co ja właściwie zapamiętuje przy moim tempie lektury. No cóż, jak to głosił Marks: "Każdemu według potrzeb". Z przeczytanych książek na największą uwagę zasługują trzy. O dziwo wszystkie trzy mają ze sobą, moim zdaniem, coś wspólnego. Dodatkowo są to w moim mniemaniu książki idealne - na tyle ambitne, żeby dobrze wyglądały na Instagramie, i na tyle przyjemne, żeby czytanie ich nie było "wyzwaniem intelektualnym", a przyjemnością.




Kapłanki, amazonki i czrownice - za tę książkę dziękuję pani Jadwidze Żylińskiej. W moim odczuciu książka jest o matriarchacie. Brzmi zachęcająco, prawda? Nieprawda, ale czytajcie dalej. Autorka w sposób brawurowy dokonuje ponownej interpretacji znanych mitów, w których żeńskie postaci poboczne, takie jak Ariadna czy Pazyfae, nabierają zupełnie nowego, o wiele większego, znaczenia. Dla mnie największym zaskoczeniem było odkrycie, skąd wzięli się Tuatha de Danaan oraz co wspólnego mieli druidzi z kultem Wielkiej Bogini.

Kobiety bez mężczyzn - w tych takich opiniach, co są na tylnej okładce książki, przynajmniej w moim wydaniu, proza Shahrnush Parsipur została porównana do prozy Marqueza. Pomyślałam sobie coś w stylu: "Bitch please", bo bardzo cenię sobie tego autora, a Sto lat samotności czytam średnio raz na kilka lat, ale ponieważ temat wydał mi się ciekawy - kobieta w społeczeństwie irańskim - dałam książce szansę. Mniej więcej w połowie pierwszego rozdziału rzuciłam książką o ścianę strasząc przy tym Już-Męża, bo tak mnie opis tej kobiety w społeczeństwie irańskim - irytująco skoncentrowanej na swojej cnocie i pragnieniu zamęścia - zirytował, ale przemogłam się i czytałam dalej. I skończyłam. I napiszę tylko, że naprawdę warto i że faktycznie proza Shahrnush Parsipur jest podobna do prozy Marqueza, tyle tylko, że wyobraźnia Parsipur oraz wdzięk, z jakim napisane są opowieści, sprawiają, że jest to coś zupełnie innego. Jeżeli znacie Persepolis, zdecydowanie powinniście sięgnąć po Kobiety bez mężczyzn. Chociaż uprzedzam - "te wszystkie kobiety" mogą zirytować Zachodni Umysł.

Król Jezus - bardzo lubię Gravesa. Jego mitologię brat mi czytał do poduszki, a potem czytałam ją samodzielnie, chyba po to, żeby nauczyć się jej na pamięć. Potem przeczytałam Ja Klaudiusz i uznałam, że Graves jest geniuszem. Co prawda nie wszystkie powieści Gravesa mnie cieszą, bo na przykład Herkulesa z mojej załogi jakoś nie zmogłam, a i Wyspy Szaleństwa niespecjalnie mnie wciągnęły, ale Król Jezus potwierdził moje przypuszczenia co do tego, że Graves zasługuje na jakiegoś Nobla, tylko jeszcze nie wiem jakiego. Król Jezus, jak sam tytuł wskazuje, to książka o Jezusie. Ale Graves przekopał setki i tysiące książek i ukazał tę historię w taki sposób, że nie tylko udowodnił, że Jezus był postacią historyczną, ale dodatkowo ukazał powiązania chrześcijaństwa z najbardziej pierwotnymi religiami, w tym również kultem Wielkiej Bogini, której prywatnie Graves był wyznawcą. Zanim zabierzemy się za tę powieść, warto odświeżyć sobie Biblię, Mitologię Grecką oraz przeczytać Kapłanki, amazonki i czarownice i Białą Boginię tegoż autora (tak myślę, bo jeszcze nie miałam z nią przyjemności). Dzięki temu w trakcie lektury będziemy mogli wykrzyknąć parę razy: "To logiczne!" czy też "Ojej, teraz to ma sens!". Fakt - miejscami książka jest przyciężkawa, a niektóre fragmenty, jak na przykład kłótnia Jezusa z Marią Układaczką Włosów miałam ochotę pominąć, niemniej jednak rzecz jest naprawdę wciągająca. Chociaż gdyby książka powstała w trochę innych czasach, autor zapewne spłonąłby na stosie wraz ze wszystkimi egzemplarzami powieści. ;) Zresztą, powieść bywa nazywana "Szatańskimi wersetami chrześcijaństwa" i przez kilkanaście lat była zakazana w Portugalii i Irlandii...

niedziela, 27 sierpnia 2017

Jak zaoszczędzić na bukiecie ślubnym

Kochany Pamiętniczku, ślub był tydzień temu, a ja wciąż przeżywam i chciałabym jeszcze raz. 

To znaczy nie wyjść za mąż, bo to wydarzenie mocno traumatyczne i postanowiłam już nigdy w życiu go nie powtarzać, ale chciałabym znowu tak ładnie się ubrać, zrobić lepszą fryzurę oraz... Mieć jeszcze raz dokładnie ten sam bukiet.

O ile buty ślubne miałam od roku, a sukienkę kupiłam jakieś pół roku wcześniej, o tyle już kwestię bukietu olałam, bo to w końcu kwiatki, to przecież tego chyba się nie załatwia wcześniej niż na trzy dni przed, prawda?

Nieprawda.

Jakoś na dwa tygodnie przed ślubem, pisząc ten post, uświadomiłam sobie, że nie tylko nie mam bukietu, ale nie mam też wizji. Uznałam jednak, że co tam, poprzeglądam troszkę inspiracji, poczytam, jak to się zamawia i w ten oto prosty sposób przeżyłam pierwy mini atak paniki.

Okazało się, że bukiet ślubny to tak przynajmniej na miesiąc przed - ja na miesiąc przed rezerwowałam restaurację na obiad.

Okazało się, że przygotowanie bukietu to skomplikowany proces wymagający zamówienia konteneru kwiatów i piętnastu osób oraz polewania czegoś jakimś wrzątkiem i ciężką chemią.

No i na koniec okazało się, że za bukiet ślubny to minimum 150 zł trzeba dać, a to i tak zaniżona cena, bo to rękodzieło i jeszcze florystka wcześniej dwa dni nie śpi i w ogóle strasznie się poświęca.

W tym momencie opadła ze mnie panika i pomyślałam o moim już Mężu, któremu ludzie mówią, że 70 zł za ręcznie wykutą zawieszkę z miedzi i kamieni półszlachetnych to zdecydowanie za dużo i stwierdziłam, że wciąż będę mieć w pogardzie przemysł ślubny.*

A oto miniporadnik, jak zorganizować sobie wymarzony bukiet ślubny krok po kroku:

1. Nie mieć marzeń - a tak serio, ja po prostu wpisałam na Pintereście "wedding bouqet downtown abbey", bo moja "suknia" ślubna była mocno w klimacie lat dwudziestych, chociaż (jak na tamte czasy) uderzająco krótka.

Oczywiście nie wyglądało to dokładnie tak, ale miałam przynajmniej jakąś myśl przewodnią.

2. Posiadać w najbliższym otoczeniu osobę utalentowaną florystycznie - w moim przypadku była to moja Mama, która i lubi, i potrafi. Zrobienie idealnego bukiety zajęło jej jakieś 15 minut, a potem zrobiła jeszcze stroiki dla pana młodego, świadków i połowy gości.

3. Broń borze nie mówić w kwiaciarni czy gdzieś, że te kwiaty to na ślub - rady udzieliła mi Arabska Księżniczka, która w wychdzeniu za mąż miała już jakie takie doświadczenie, a potem potwierdziła wszystko Świadkowa, która też była po zmianie stanu matrymonialnego. Ogólnie jeśli powiesz komuś, że coś jest na ślub, to cena tego wzrasta pięciokrotnie (a do tego ktoś polewa to wrzątkiem).

Ostatecznie misja bukiet wyglądała tak, że o 7 rano pojechałam z Mamą najpierw na giełdę kwiatową, gdzie były tylko wiązanki pogrzebowe, ale gdzie znalazłyśmy wstążkę pasującą do sukienki, a potem pojechałyśmy na targowisko miejskie, zwane w moim mieście Burkiem, gdzie panu akurat "zostały takie oto różyczki z bukietu ślubnego".

Ostatecznie ten cholerny bukiet i tak był najdroższym elementem mojej ślubnej stylówy, ale po pierwsze był absolutnie doskonały, po drugie chociaż był najdroższy to i tak kosztował dwa razy mniej, niż najtańsza opcja z kwiaciarni i po trzecie przynajmniej nikt (oprócz mnie) nie chodził z jego powodu niewyspany.  




piątek, 25 sierpnia 2017

Wyszłam za mąż. Co dalej?

My i nasze dzielne świadki. Bardzo dzielne. Jak widać po wyjściu z USC mąż musiał mnie trzymać bo osłabłam z ulgi że już w końcu po.

 Ten wspaniały moment (dosłownie moment, bo cała ceremonia zajęła jakieś dwadzieścia minut) już za nami. Pytanie, co dalej? Czy mogę sobie leżeć na leżaczku i pić drinki z palemką podawane mi przez mojego przystojnego męża?

Chciałabym.

Ponieważ planujemy jak najszybszy powrót do Armenii, musieliśmy się urzędowo sprężyć. Ze wszystkich dokumentów na świecie w Armenii najistotniejszy jest mój paszport. Na wymianę paszportu mam dwa miesiące, a potem traci ważność. Ponieważ następny powrót do Polski planujemy na Boże Narodzenie, w praktyce oznaczałoby to, że zostanę bez jakiegokolwiek ważnego dokumentu. Co prawda dowód osobisty jest ważny przez aż cztery miesiące, ale nim w Armenii to sobie mogę co najwyżej chleb masłem posmarować.

Ale spoko, Pan Zastępca Pani Kierowniczki Urzędu Stanu Cywilnego zapewnił nas, że przyspieszenie procedury paszportowej to żaden problem. Wystarczy iść i poprosić.

Zgadnijcie, co było problemem.

Zgadliście? To piszę dalej.

Pełna dobrej wiary i cała w uśmiechach (Mąż się nie uśmiecha do byle kogo, bo zmarszczki, pogarda czy coś) złożyłam wniosek, pozwoliłam sobie pobrać odciski palców, zapłaciłam 140,79 gr, bo ponieważ mój paszport traci ważność w kwietniu przyszłego roku nie przysługiwała mi żadna zniżka, i poszłam do pana szefa od paszportów. 

Pan szef od paszportów praktycznie nawrzeszczał na mnie, że oni nie przyspieszają wydania paszportów, bo ktoś chce sobie jechać na wakacje. 

To tyle, jeśli chodzi o żadne problemy.

Ponieważ po pół roku między sądem a USC już generalnie przywykłam do tego, że ktoś na mnie wrzeszczy albo traktuje jak idiotkę, nie zaczęłam trząść się w powstrzymywanym ataku płaczu, tylko powiedziałam uprzejmie, że nie jedziemy na wakacje, ale wracamy do kraju męża, bo na początku października kończy mu się wiza, a podobno jak wcześniej wrócimy, to będzie łatwiej o nową na grudzień. O tym, że zostanę w Armenii bez ważnych dokumentów jakoś akurat zapomniałam.

W każdym razie pan nieco się zacukał, przestał prawie krzyczeć i kazał nam przyjść następnego dnia z wypełnionym wnioskiem.

We wniosku napisałam to, co już zdążyłam powiedzieć o wizie oraz to o mnie i dokumentach, bo akurat sobie przypomniałam.

W biurze pan przeczytał, powiedział, że on nie rozumie o co mi chodzi (trzy osoby, którym dałam wniosek do przeczytania przed nim, jakoś zrozumiały), a na koniec ozdobił ten urzędniczy tort wisienką w postaci pytania, czy ambasada Polski w Armenii jest w Taszkiencie.

Jakoś powstrzymałam się od powiedzenia mu, że nie i że Taszkient też nie jest w Armenii. Przy okazji wraz z mężem upewniliśmy się, gdzie właściwie leży Taszkient i teraz mamy kolejną mocną pozycję w rozwiązywaniu krzyżówek.

Tak czy siak po tym, jak wypełniłam mój wniosek paszportowy pod dyktando pana urzędnika ten łaskawie przyznał, że może faktycznie jakieś aktualne dokumenty w Armenii mi się przydadzą.

To miłe, że państwo polskie tak się o mnie troszczy, prawda?